- Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko, ja bardzo wierzę w to twierdzenie - mówi Hania Stróż - Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko, ja bardzo wierzę w to twierdzenie - mówi Hania Stróż

- Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko, ja bardzo wierzę w to twierdzenie - mówi Hania Stróż (© Bartosz Frydrych)

O macierzyństwie, blogowaniu i matkach w sieci rozmawiamy ze znaną rzeszowską blogerką Hanią Stróż, która w sieci znana jest jako Szalonooka.

Kiedy rozmawiałyśmy poprzednio, wydawało się, że parentingową odsłonę bloga masz już na sobą i teraz skupiasz się wyłącznie na lifestyle’u. Tymczasem na twoim facebookowym profilu rodzicielstwo wraca jak bumerang...

Przestałam z tym walczyć (śmiech). Prawda jest taka, że nie da się żyć w oderwaniu od bycia matką, bo to jest po prostu część życia. Kiedy dopiero myślałam o ciąży, moim priorytetem była fajna i szczęśliwa rodzina. Wiedziałam, że się macierzyństwu poświęcę i można chyba powiedzieć, że stało się ono moim stylem życia - stąd na blogu i Facebooku jest tyle odniesień. Poza tym mamy same do mnie się zgłaszają z problemami i pytają, co bym zrobiła w danej sytuacji. Naturalnie się więc to wszystko przenika.

Często piszą, że są nieszczęśliwe i pytają, co zrobić, żeby to zmienić. Ja nie czuję się na siłach, żeby komuś radzić, jak żyć. Mogę tylko mówić, jak robię to ja. Piszą też dziewczyny, które mają jakiś problem z wychowaniem dziecka, pytają, co robić w konkretnych sytuacjach. Mówię im o tym, jak robię to ja, bo sama przechodziłam i przechodzę przez kolejne etapy macierzyństwa. Często odpowiadam, że należy zaufać sobie i własnemu instynktowi, słuchać dziecka i tego, co ono próbuje przekazać. Każde rodzicielstwo jest inne i nie da się przyłożyć do niego jednego szablonu. W okresach buntu Młodego, miałam takie momenty że myślałam, że skończę w kaftanie, serio! Pewnego dnia po prostu usiadłam i zaczęłam płakać. On miał wtedy może 4 lata, podszedł do mnie i zaczęliśmy rozmawiać. Powiedziałam mu jak się czuję i dlaczego. Wtedy usłyszałam: mamo, musimy więcej rozmawiać, ty słuchaj mnie, ja będę słuchał ciebie. Oczywiście, że się kłócimy - jesteśmy uparci, mamy ciężkie charaktery, ale już wiem, że macierzyństwo najlepiej wychodzi mi wtedy, kiedy słucham swojego dziecka.

Czy te pytające mamy nie są rozczarowane tym, że nie dostają konkretnej porady, gotowej recepty?

O dziwo nie. Wydaje mi się, że te kobiety są często tak zagubione w gąszczu dobrych rad, że szukają pomocy u kogoś, kto podchodzi do tego wszystkiego na większym luzie. Młode matki mają wokół dziesiątki doradców, których rady są bardzo kategoryczne, bo poparte wieloletnim doświadczeniem, ale często też się wykluczające. Smoczek dobry, smoczek zły, nosić na rękach, nie nosić, karmić na siłę, odpuścić i tak dalej. Ja nie ukrywam, że traktuję macierzyństwo z dystansem. Szczerze mówiąc, przy trudnym charakterze Młodego, inaczej bym chyba nie dała rady. Oczywiście mogłabym wyegzekwować od niego pewne zachowania stojąc nad nim z batem, ale wtedy to nie byłoby wychowanie, tylko tresura i pewnego dnia to wszystko obróciłoby się przeciwko mnie. Dlatego powtarzam: przede wszystkim wsłuchać się w dziecko.

Przy niemal 40 tysiącach fanów, można cię chyba nazwać influencerką, albo jak to się ostatnio mówi: wpływowiczką. Czujesz odpowiedzialność za to, co piszesz?

Na początku mojej przygody z blogowaniem, a było to ponad 10 lat temu, w ogóle o tym nie myślałam i pisałam, co mi ślina na język przyniosła. Teraz mam pełną świadomość, że osoby, które mnie czytają, biorą do siebie to, co piszę i bardzo się nad tym zastanawiam. A jeśli chodzi o bycie influencerką... Niedawno, pod wpływem filmu, na którym widać jak młode dziewczyny biją koleżankę, napisałam, że ja w szkole byłam taką gnębioną dziewczyną. Post odbił się sporym echem, dostałam sporo pytań: jak to, ty? Przecież jesteś taka przebojowa! A ja przecież jestem zwykłą dziewczyną.

Ani na blogu, ani na Fb nie pokazujesz twarzy swojego dziecka, nie podajesz imienia. A przecież to mogłoby cię uwiarygodnić, o podwyższonych zasięgach nie wspomnę...

Oczywiście, najlepiej sprzedają się blogi, na których pokazywane są fotogeniczne dzieci. U mnie natomiast wszystko sprowadza się do przepisywania dialogów między mną a Młodym i robię to w pełni świadomie. To mój blog, nie chcę zarabiać, zdobywać internetowego „fejmu”, ani podbijać statystyk kosztem mojego dziecka. On jest jeszcze nieświadomy tego, jaki to może mieć wpływ na jego przyszłość, choć już zaczyna się pchać przed obiektyw. Wiesz, w internecie nic nie ginie, te zdjęcia mogą się kiedyś obrócić przeciwko niemu, poza tym - nie czarujmy się - w sieci naprawdę czyha na dzieci ogromnie wiele zagrożeń.

Kłótnie między matkami, do których dochodzi w sieci, stają się czymś na kształt zjawiska społecznego. To chyba jedna z najbardziej skonfliktowanych grup. Ty ustawiasz się po którejś ze stron tych najbardziej zaognionych sporów?

Nienawidzę konfliktów! Bardzo źle się z nimi czuję i długo je przeżywam, poza tym kompletnie nie rozumiem sensu prowadzenia tych sporów. Matki karmiące piersią kontra matki karmiące mlekiem modyfikowanym, te które rodziły naturalnie przeciwko tym z cesarskim cięciem. Czytam to i łapię się za głowę, bo czy naprawdę o jakości naszego rodzicielstwa świadczy sposób, w jaki - mówiąc brutalnie - to dziecko wyszło z matki? Niektórzy mówią, że macierzyństwo robi matkom z mózgu budyń, czasem też tak myślę.

Ja z kolei, kiedy czytam te dyskusje na grupach matek, to tracę wiarę w człowieka...

Mamy w tym kraju strasznie dużo ludzi, którzy są przekonani o własnej nieomylności. Zamiast otworzyć się na innych ludzi i ich poglądy, lepiej za wszelką cenę udowadniać, że ma się rację. Czasem oglądam profile tych najbardziej zaciekłych dyskutantek i odnoszę wrażenie, że to osoby, które zamknęły się w domu z dzieckiem, a ich jedynym źródłem wiedzy, informacji i rozrywki jest internet. A wiemy, jak działa internet, ile jest tam informacji prawdziwych, a ile sztucznie podkręcających „kliki”. One są ofiarami takiej polityki, choć nie mają o tym pojęcia.

Nawiasem mówiąc, sama zdecydowałaś się na założenie grupy na Fb.

Założyłam ją, bo zauważyłam, że nie wszystkie kobiety chcą dyskutować pod moim postami. Wiesz dlaczego? Bo automatycznie ich znajomi widzą, co one piszą. Często więc pisały do mnie wiadomości prywatne, a to z kolei utrudniało dyskusję w szerszym gronie. Na grupie rozmowa jest bardziej prawdziwa, intymna. Mam zresztą wrażenie, że na parentingowych grupach nie ma miejsca na prywatność, rozmawia się o wszystkim bez owijania w bawełnę. To z jednej strony jest fajne, ale z drugiej obserwuję dziewczyny, które chyba już całe swoje życie przeniosły do sieci. Zamiast poświęcić czas dziecku i mężowi, one ciągle są online, ciągle prowadzą dyskusje. Tak życia budować się nie da.

CZYTAJ TEŻ: Pierwsza daleka podróż z dzieckiem. Jak się przygotować?

Urząd miasta

Komentarze (9)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

aaaa (gość)

dlaczego nie piszecie że prezydent Ferenc zgodził się na przyjęcie uchodźców do Rzeszowa?????? tylko czekać na bombkę w bezpiecznym Rzeszowie :(

chriss (gość)

Teraz jest już znana z paradontozy i z noszenia ohydnych okularów. Cel osiągnięty, jest sukces, teraz szybko update na fejsie i instagramie.

C Marian (gość)

strasznie znana 8 filmików z 2 lat gazeta reklamę zrobiła widać ze nie może się przebić

o (gość) (Asfg)

Nikt. Ot kolejna co myśli, że jak cały dzień będzie przesiadywać przed komputerem i się lansować, to będzie "znana".