Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Podkarpacie ostoją wielkich drapieżników. To jedyne takie miejsce w Polsce [ZDJĘCIA]

Bogdan Hućko
Bogdan Hućko
Niedźwiedzica z młodymi
Niedźwiedzica z młodymi Roman Pasionek/ Nadleśnictwo Baligród
Liczebność dzikiej zwierzyny rośnie. Przybywa z tego powodu też kłopotów mieszkańcom.

Spis treści

Dla przyrodników i ekologów Podkarpacie to wyjątkowa enklawa w skali kraju. Natomiast mieszkańcy mają często dosyć bliskiego sąsiedztwa dzikich zwierząt, szczególnie wielkich drapieżników

- Nie muszę z dziećmi jechać do zoo w Krakowie. Wystarczy wyjrzeć przez okno. Wołają do mnie: mamo, choć zobacz, jakie ładne sarenki. Gdy byłam w ich wieku, to chciałam zobaczyć dzikie zwierzę na żywo. Nigdy to mi się nie udało, chociaż lasy niemal dookoła

– śmieje się mieszkanka Nowego Żmigrodu. Latem wcale nie jest jej do śmiechu, gdy te ładne sarenki niszczą uprawy, wyjadają w ogródku wszystko co im smakuje.

– Nie ma na nich sposobu, trzeba byłoby grządki ogrodzić wysoką siatką

– dodaje kobieta.

Widok saren nikogo już nie dziwi. Podchodzą bardzo blisko zabudowań. Zapuszczają się nawet do miast. Niedawno widziana była wieczorem na ul. Lewakowskiego w Krośnie. Przebiegała od starego cmentarza w kierunku marketu.

– Przerażona gnała środkiem jezdni

– opowiada świadek zdarzenia.

W Beskidzie Niskim mieszkańców przerażają coraz częstsze wizyty wilków. Drapieżniki zagryzły owce koło Dębowca oraz psa w Przysiekach koło Jasła. Wójtowie gmin Nowy Żmigród i Brzyska wydali specjalne ostrzeżenia dla mieszkańców, na których padł blady strach.

- Opublikowaliśmy ostrzeżenie, bo skoro zapuszczają się tak blisko zabudowań, to jest obawa, że mogą się ponownie pojawić. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte

– zaznacza Bogdan Maguda z Referatu Rolnictwa, Leśnictwa i Ochrony Środowiska Urzędu Gminy w Brzyskach. Sam jest zaskoczony pojawieniem się wilków we Wróblowej.

W Bieszczadach przeraża mieszkańców nadmierna aktywność niedźwiedzi, które w poszukiwaniu pożywienia zapuszczają się do gospodarstw domowych. Niszczą pasieki, demolują kurniki i kontenery na śmieci, wyjadają kury, kaczki i króliki. Niedźwiedź zaatakował kobietę, szukającą poroży w Nadleśnictwie Cisna oraz ekologa, który sam się prosił o nieszczęście, podchodząc blisko gawry. Miś widziany był na terenie przedszkola w Bukowcu, a także spacerował ulicami Witosa i Batalionów Chłopskich w Sanoku.

Prezes Fundacji Bieszczadziki Katarzyna Zabiega w lipcu ubiegłego roku mówiła nam, że nie jest optymistką i uważa, że niedźwiedzie będą nadal uciążliwe dla mieszkańców.

– Jeżeli samica wyprowadza młode i uczy ich zdobywania pożywienia w terenie zabudowanym, to lepiej nie będzie

– uważa Katarzyna Zabiega.

Jedyna taka enklawa w Polsce

Obecność dzikich zwierząt w pobliżu ludzkich siedzib na Podkarpaciu nie powinna nikogo szczególnie dziwić. To jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie w lasach żyją obok siebie największe chronione drapieżniki: niedźwiedzie, wilki, rysie, żbiki oraz ssaki roślinożerne takie jak żubr, łoś czy jeleń. Bogactwo gatunków wyróżnia nasz region w skali kraju, a kto wie czy i nie Europy. Liczebność dzikiej zwierzyny rośnie. Przybywa z tego powodu też kłopotów mieszkańcom.

- Nigdzie w Polsce nie występuje podobna koegzystencja. Nawet w Puszczy Białowieskiej

– potwierdza Edward Marszałek, rzecznik prasowy Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie.

W lasach Podkarpacia – jak wynika z szacunków - żyje około 11 tysięcy bobrów, 750 żubrów, ponad 500 wilków, 250 rysi, 200 żbików, prawie 200 niedźwiedzi. Ponadto mnóstwo drobnych drapieżników m.in. kun, tchórzy, lisów, borsuków czy jenotów.

– W południowo-wschodniej Polsce mamy pełną gamę dzikich zwierząt. Lasy Podkarpacia są jedną z najważniejszych krajowych ostoi zwierzyny

– podkreśla Edward Marszałek.

Dla zwierzyny nie było miejsca

Krośnieńska RDLP gospodaruje na powierzchni ponad 418 tysięcy hektarów. Lesistość przekracza 36 procent. Do Bieszczadów przylgnęła opinia najdzikszej polskiej krainy. Nie zawsze tak było.

– Trudno sobie wyobrazić, że teren Bieszczadów, Beskidu Niskiego i Pogórza zamieszkiwany był do ostatniej wojny przez prawie 250 tysięcy osób. Dla zwierzyny w ówczesnych Bieszczadach po prostu miejsca nie było. Lesistość bieszczadzkiego przedgórza spadła do zaledwie 24 procent, a tylko w wyższych partiach gór sięgała 55 procent

– zaznacza Edward Marszałek.

Naczelnik Wydziału Promocji i Komunikacji Społecznej Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie posiada bardzo głęboką wiedzę na ten temat, opartą na źródłach. W rozmowie z nami podaje za austriacką mapą Europy z 1900 roku (Die Volksdichte in Europa um 1900), że zaludnienie w tej części Karpat było podobne jak w przemysłowych rejonach Niemiec i Anglii.

- Stany zwierzyny w owych czasach były bardzo niskie, o czym świadczą nieliczne źródła. Ciekawą wzmiankę o jej stanie znajdujemy w zapiskach Ignacego Sołdraczyńskiego, właściciela majątku w Jabłonkach koło Baligrodu, który w 1866 roku zanotował: „Co do dzików, tych teraz bywa więcej, ale koczują ciągle. Sarna w górach dość rarytna, zajęcy nadto nie widzimy, borsuk rzadki, lisów w górach niewiele. Co kilka lat przydarzy się komuś rysia dostrzec. W roku podobno 1854 zastrzelono jednego w państwie ciśniańskim”. Zwróćmy uwagę, że o jeleniu, dzisiejszej dumie karpackich lasów, w ogóle te zapiski nie wspominają

– mówi rzecznik krośnieńskiej RDLP.

Bieszczady opustoszały

Sytuacja ta zmieniła się nagle w 1947 roku, gdy w ramach operacji „Wisła” wysiedlono ludność z ponad stu wsi. Kilkadziesiąt miejscowości nie zostało już nigdy zasiedlonych. W wielu innych osadach pozostały zaledwie pojedyncze rodziny. Opustoszały rozległe tereny Bieszczadów, Beskidu Niskiego, Pogórza a nawet Roztocza Południowego.

- To człowiek udostępnił dla dzikich zwierząt ogromne areały, które stały się ostoją zwierzyny. Lesistość Bieszczadów po wojnie wzrosła do ponad 70 procent. Dziś w regionie około 50 tysięcy hektarów to parki narodowe, 10 tysięcy hektarów to rezerwaty, a do tego kolejne tysiące hektarów wyłączone z użytkowania. Zwierzęta mają doskonałe warunki do życia

– opowiada Edward Marszałek. Nadleśnictwa utrzymują stare sady, koszą łąki.

– Po to, aby orły miały gdzie polować, a jelenie i dziki o świcie żerować

– dodaje.

Akcja zagospodarowania gór i zalesiania opuszczonych gruntów porolnych zaczęła się dopiero po uchwale prezydium rządu z 1955 roku.

- Zalesienia przyniosły znaczny wzrost udziału sosny, świerka i olszy w drzewostanach, przy czym w przypadku sosny i świerka z góry zakładano ich przedplonowy charakter. Jeśli chodzi o olszę szarą – był to proces spontaniczny. Według aktualnych danych udział drzewostanów na gruntach porolnych w Bieszczadach wynosi 36 procent, największy jest na terenie Nadleśnictwa Lutowiska – 43 procent. Ogólna lesistość Bieszczadów wzrosła po wojnie do ponad 70 procent, zaś na terenie Nadleśnictwa Stuposiany do 95,5 procenta. Z czasem zaistniały tu warunki do życia dla dzikiej zwierzyny płowej, jak również dla wielkich polskich drapieżników

– opisuje ten proces leśnik z dużym doświadczeniem.

Nie miał szczęścia do człowieka

Liczebność dużych drapieżników rośnie. Wilki, na które polowano do 1998 r., a wcześniej z rozmachem tępiono nakazem władz centralnych, po objęciu ochroną gatunkową, już dawno wyszły poza Bieszczady i Beskid Niski.

– Wilki spotyka się już koło Mielca, Krosna, Brzozowa, co powoduje wiele konfliktów na linii człowiek – zwierzę. Drapieżniki bardziej gustują w zwierzętach hodowlanych niż w leśnej zwierzynie

– przyznaje Edward Marszałek.

W pobliżu domostw coraz częściej można spotkać sarny i jelenie. Uciekły z lasów przed wilkami, które atakują także bydło, kozy, owce, zagryzają psy.

- Wilk nigdy nie miał szczęścia do człowieka. Zawsze natomiast uważany był za uosobienie najgorszych ludzkich cech, że wspomnę tylko stare powiedzenie: homo homini lupus est (człowiek człowiekowi wilkiem). Wielu z nas, oceniając to zwierzę przez pryzmat historii czerwonego kapturka, gotowych jest jeszcze dziś uwierzyć, że wilcza przygoda przytrafiła się babci naprawdę i domagać się eksterminacji drapieżnika. Inni jednak, zakochani w nim, bezkompromisowo walczą o ochronę „szarego brata”

– przyznaje leśnik.

Kłusownictwem trudnili się ubodzy górale mieszkający w pobliżu lasu.

- Nazywano ich „gadziorzami” lub „rabsiakami”. Bywało, że działalność łowiecka wymuszana była masowym pojawieniem się zwierząt, zwłaszcza wilków i dzików, wyrządzających szkody w gospodarstwie. Wtedy na skraju lasu lub na leśnym przesmyku kopano tzw. „wowcze jamy”. Wilczy dół, głęboki na 4 metry, z rozszerzonym dnem, zaopatrzony był w pal z przywiązanym doń mięsem. Głodny wilk wskakiwał do środka, lecz wydostać się już nie umiał. Gdy stwierdzono jego obecność w jamie, zabijano go przy pomocy kamieni, wideł i siekier. Jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku w lasach Beskidu można było znaleźć naziemne samołówki na wilki i dziki. Były to dwa rzędy palisady, pomiędzy którymi mieścił się drapieżnik nęcony przymocowanym w jej wnętrzu mięsem. W momencie, kiedy zwierz wszedł do środka, spadała klapa uniemożliwiająca wyjście. Wówczas pozostawało tylko dobić zwierzę

– opisuje sposoby tępienia wilków Edward Marszałek.

Kapliczki niczym memento

- Znane są z przeszłości fakty żywienia się wilków zwłokami ludzkimi. Tak było na polach bitew I wojny światowej, gdzie szczątki żołnierzy rozwłóczone były przez wygłodniałe watahy. W Kołonicach funkcjonowała nazwa miejscowa na określenie fragmentu lasu: „tam, gdzie wilki wojaka zżarły”. Zdarzały się również przypadki atakowania żywych ludzi. W 1923 roku w Kamionkach u podnóża Chryszczatej zagryzły leśniczego wracającego do Kalnicy z Turzańska. Podobno zostały po nim jedynie buty, które - nasączone dziegciem - były dla drapieżników niejadalne. Do dziś zachował się skromny obelisk w tym miejscu. W Łysej Górze koło Nowego Żmigrodu, przy dawnym trakcie węgierskim, stoi tzw. wilcza kapliczka. Zbudowana z płaskiego, lepionego gliną kamienia, upamiętnia miejsce, gdzie ponad 150 lat temu wilki napadły na przejeżdżających tędy kupców wołoskich i zjadły doszczętnie. Kapliczka, która przetrwała chyba dłużej niż zakładali jej budowniczowie, stoi dziś jak groźne memento przed zimowymi wyprawami do lasu. Można też spotkać kapliczki na tzw. wilczych sosnach, powieszone przez ludzi, którym udało się ujść z życiem spod wilczych kłów

– przytacza fakty z przeszłości rzecznik RDLP.

Tępienie wilków

Na początku XX wieku wilki stały się rzadkością w Karpatach. Dopiero po II wojnie światowej nastąpiła ekspansja terytorialna tych zwierząt.

- W roku 1950 ich liczebność przekroczyła 1000 osobników i zaczęły wyrządzać spore straty w inwentarzu. Zorganizowana została z ogromnym rozmachem akcja tępienia wilków. Uchwała Rady Ministrów z 29 stycznia 1955 roku nakładała na wojewódzkie rady narodowe obowiązek eksterminacji tego gatunku. Powołano specjalnych „wojewódzkich komisarzy ds. tępienia wilków”. Płacono nagrody za każdy wilczy nos. Było to wpierw 1000 złotych za wilka zabitego na polowaniu indywidualnym, 500 złotych na polowaniu zbiorowym. Nawet za szczenię wybrane z gniazda można było dostać 200 złotych nagrody (średnia płaca wynosiła wówczas 1100 zł). Dopuszczono też używanie przeciwko wilkom trucizny. W latach 1955-1959 zabijano rocznie 350-420 tych zwierząt. Skutek był taki, że w latach 70. żyło w kraju zaledwie 100 wilków. W 1975 roku znalazły się one na liście zwierząt łownych, zniesiono też nagrody za ich zabijanie. W Karpatach nie obowiązywał jednak żaden okres ochronny na te drapieżniki i w ciągu 10 sezonów łowieckich (1980-1990) odstrzelono tu prawie 900 sztuk! Było to ponad 70 procent wszystkich wilków strzelonych w tym czasie w Polsce. Mimo protestów organizacji ekologicznych polowania na wilki trwały jeszcze do 1998 roku. Kosztowały one życie kolejnych 700 wilków w naszym kraju

– podkreśla Edward Marszałek.

Objęte ochroną, ale problem pozostał

W 1998 r. wilk objęty został ochroną gatunkową. Zanim to jednak nastąpiło, w Bieszczadach rozegrała się prawdziwa wojna pomiędzy ekologami a myśliwymi i hodowcami. W obronie wilków stanęła światowa gwiazda kina Brigitte Bardot.

- Wojewodę krośnieńskiego okrzyknięto „mordercą wilków”, podpalano myśliwskie ambony, walczono na ulotki i argumenty, ale bywało również, że w ruch szły pięści. „Wilczy problem” od wielu lat wraca na łamy prasy i ekrany telewizji, przyczyniając się do ukształtowania legendy Bieszczadów

– przypomina wydarzenia sprzed ponad 25 lat Edward Marszałek.

- Skutki ochrony wilka dość mocno dotykają hodowców bydła i owiec, gdyż drapieżniki coraz częściej gustują w inwentarzu żywym, aniżeli w leśnej zwierzynie. Hodowcy stosują wprawdzie różnego rodzaju zabezpieczenia i nadzór nad wypasanymi stadami. Tymczasem wilki uaktywniły się również poza Bieszczadami i Beskidem Niskim. Coraz częściej napady zdarzają się na Pogórzu Przemyskim i na Roztoczu

– dodaje leśnik i zaznacza:

- Dziś wilki, korzystając z prawnej ochrony, mają się dobrze, a na wypoczynek w ich „towarzystwie” zjeżdżają w te góry tysiące turystów. Przyciąga ich tu legenda najdzikszej polskiej krainy.

Zuchwałe misie

Postrachem są wspomniane niedźwiedzie, które zapuszczają się nawet do miast.

– W latach 80. gdy pracowałem w Bieszczadach, tylko tropy się widywało. Profesor Zbigniew Głowaciński, znany zoolog, pisał, że w Bieszczadach może żyć nawet 20 niedźwiedzi. Teraz jest około 200 i są spotykane w Beskidzie Niskim, koło Rymanowa, Iwonicza, na Pogórzu Przemyskim

– wylicza rzecznik RDLP.

W górach od zawsze był postrachem ludzi.

- Miejscowi nazywali go „burym” lub też ze strachem mówili po prostu: „on”, nie chcąc używać nawet słowa „niedźwiedź”, by nie wywołać go z lasu. W 1560 roku, kiedy założono wieś Solinkę, władca karpackiej puszczy był bodaj największą udręką dla osadników. W lustracji królewskiej z roku 1565, czytamy: „...acz tam jest miejsce dobre do osadzenia wsi, ale las wielki i niedźwiedziów dosyć, którzy ludziom sadowiącym się dobytek psują”

– cytuje Edward Marszałek zapisy w starych dokumentach.
Po wiekach, historia w tym przypadku, również zatoczyła koło. Niedźwiedzi nie brakuje i psocą coraz bardziej.

W dwudziestoleciu międzywojennym polowano w Karpatach na niedźwiedzie.

- Z okresu międzywojennego Wiktor Schramm wspomina leśniczego Habichta z Wetliny, który „nie raz i nie dwa spotykał się z królem puszcz beskidzkich i miał ich dwudziestu kilku na sumieniu.” Natomiast w dworku w Stuposianach w roku 1926, wśród wielu zwierząt, stały trzy wypchane misie. Władysław Burzyński w publikacji z 1931 r. zamieścił zdjęcie największego misia upolowanego przez siebie w Karpatach wiosną 1905 roku. Miał on po wypatroszeniu 340 kilogramów wagi i 240 cm długości ciała. Biorąc pod uwagę fakt, że niedźwiedź był już nieco wychudzony po kilku miesiącach zimy, był to okaz, jakiego nigdy już potem nie spotkano. Na wystawie łowieckiej w 1910 roku w Wiedniu został on uznany za największego niedźwiedzia ubitego kiedykolwiek na terenie monarchii austrowęgierskiej

– przytacza kolejną ciekawostkę znawca Bieszczadów.

Po II wojnie światowej niedźwiedzi w naszych górach nie było. W 2004 r. miś dosłownie zaznaczył swoją obecność i trochę zadziwił wszystkich, gdy w leśnictwie Polana odarł z kory 120 jodeł. Edward Marszałek mówi, że prawdopodobnie w ten sposób uzupełniał swój pokarm w brakujące mu mikroelementy, a takie menu niedźwiedzia jest swego rodzaju ciekawostką zoologiczną. Wcześniej misie ogryzały z kory jesiony, modrzewie i świerki, a w okolicy Chmiela pod Otrytem, także 30 dorodnych jodeł.

– Niemal przysłowiowa niedźwiedzia przysługa, ale leśnicy nie robili z tego powodu żadnego problemu, bo w lesie niedźwiedź jest przecież u siebie

– uśmiecha się znawca zwierzęcych zwyczajów.

Od kilkunastu lat notowane są ataki niedźwiedzi na ludzi. Kilkanaście takich spotkań z drapieżnikiem kończyło się dla pechowców w szpitalu. -

Zazwyczaj do tych dramatycznych zdarzeń dochodziło, gdy człowiek naruszał niedźwiedzie terytorium. Zwłaszcza, jeśli czynił to wiosną, gdy drapieżniki były świeżo przebudzone i drażliwe

– wyjaśnia leśnik.

Skryty, budzi ludzką ciekawość

Dla człowieka najmniej uciążliwym drapieżnikiem jest ryś. Tego największego kota w Europie środkowej bardzo trudno spotkać. Jeden osobnik zajmuje ogromny obszar, a jego liczebność nigdy nie była zbyt wielka. Prowadzi skryty tryb życia i dlatego budzi ludzką ciekawość.

Wytępiony w Szwajcarii, Francji, Włoszech, Bułgarii i na Węgrzech, w Polsce był od 1927 r. na liście zwierząt łownych, a od 1931 r. korzystał z okresu ochronnego. Po wojnie liczebność rysia zmalała tak bardzo, że w 1944 r. został wzięty pod ochronę. Obowiązywała ona do 1952 roku, kiedy to trafił na listę zwierząt łownych z okresem ochronnym od 1 kwietnia do 31 października.

- Zarówno polowania, jak i nieprzemyślane badania naukowe z obrożami telemetrycznymi sprawiły, że niemal wyginął on w północnej Polsce. W 1994 roku wprowadzono czasowy zakaz polowań na rysie w obrębie Puszczy Białowieskiej, zaś w 1995 roku wpisano je na listę zwierząt chronionych. W dzisiejszych czasach tylko pomoc człowieka i ochrona terytorium bytowania pozwala mu przetrwać. Bieszczady to obecnie najważniejsza krajowa ostoja tego gatunku

– podkreśla Edward Marszałek.

Według oficjalnych danych ryś występuje w Polsce w dwóch populacjach: karpackiej i mazursko-podlaskiej, liczących łącznie 200-300 osobników.

- Ryś uwielbia duże, zwarte kompleksy leśne, zwłaszcza ze starodrzewem, unika terenów otwartych. W Karpatach bywa spotykany w okolicach skalistych, na grzbietach górskich i nasłonecznionych stokach, widywano go nawet w piętrze tatrzańskich turni

– dodaje leśnik.

Przybywa także innych gatunków. Wąż Eskulapa, bytujący na południowych stokach Karpat, dla którego stworzono rezerwat w dolinie Sanu, spotykany jest też w okolicach Cergowej i Barwinka. Wzrosła populacja orła przedniego i orlika krzykliwego. Pojawia się bielik, polujący na ryby.

Jesteśmy świadkami zjawiska określanego mianem synantropizacji, czyli przystosowywania się dzikich zwierząt do życia w bezpośrednim sąsiedztwie człowieka.

od 7 lat
Wideo

Jak głosujemy w II turze wyborów samorządowych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Podkarpacie ostoją wielkich drapieżników. To jedyne takie miejsce w Polsce [ZDJĘCIA] - Nowiny

Wróć na sanok.naszemiasto.pl Nasze Miasto